Zawód olender

i inne zajęcia nadwiślańskich osadników

Byli inżynierami melioracji, swoje umiejętności przywieźli z dawnej ojczyzny. W dokumentach, w rubryce wykonywany zawód, urzędnicy wpisywali im nierzadko „olender”. I tak jak wiele innych tradycyjnych profesji przechodził z pokolenia na pokolenie, a polegał między innymi na wszelkich robotach ziemnych, pracach melioracyjnych oraz przy budowie dróg i linii kolejowych, ogólnie przy wszystkich większych budowach.

 

Olendrzy byli osadzani nad rzekami i na zalesionych mokradłach, nieużytkach, ziemiach, na których nie potrafił poradzić sobie polski chłop pańszczyźniany. Z powodzeniem zarówno osuszali, jak i nawadniali grunty, budując system kanałów, rowów, stawów, tam czy grobli. Przygotowywali też ziemię pod uprawy, karczując lasy łęgowe.

Karmienie świń przed chałupą olenderską, Wiączemin Nowy, lata czterdzieste XX wieku, Skansen Osadnictwa Nadwiślańskiego w Wiaczeminie Polskim, oddział Muzeum Mazowieckiego w Płocku

Poza wykonywaniem tych koniecznych i zwyczajowych prac wynikających z ich powinności byli przede wszystkim gospodarzami – rolnikami i hodowcami. Zajmowali się głównie uprawą zbóż (prosa, owsa, pszenicy, jęczmienia, żyta), ziemniaków, buraków cukrowych i warzyw ogrodowych (w tym grochu, kapusty i cebuli). Bliskość rzeki sprzyjała też uprawie lnu i wikliny, zapewniając odpowiednie ilości wody do wzrostu tych roślin i ich obróbki.

Karmienie kur w zagrodzie olenderskiej Daniela Rinasa w Wiączeminie Polskim, lata trzydzieste XX wieku, Skansen Osadnictwa Nadwiślańskiego w Wiączeminie Polskim, oddział Muzeum Mazowieckiego w Płocku

Oprócz tego podstawą ich rolnej gospodarki była hodowla przede wszystkim bydła rasowego, a także koni. Trzymano też trochę trzody chlewnej i drobiu (kury od pięciu do jedenastu sztuk i gęsi od pięciu do siedmiu sztuk). Głównie na własne potrzeby, rzadziej na handel. Co do koni, z uwagi na uprawę ciężkich gleb i transport w trudnym podmokłym terenie, można przypuszczać, że preferowali rasę sztumską. W przeciętnym gospodarstwie trzymano od dwóch do sześciu sztuk tych zwierząt. Warto tu zwrócić uwagę na swego rodzaju innowacyjność olendrów, którzy w połowie XIX wieku nie hodowali wołów jako zwierząt pociągowych. W tym czasie hodowla tych zwierząt była powszechna w gospodarstwach chłopskich i we dworach, na których włościach osadzano kolonistów.

Budynek suszarnio-powidlarni. Tu powstawały olenderskie specjalności, takie jak buraczane powidła i suszone owoce. Obiekt przeniesiony do skansenu w Wiączeminie Polskim ze wsi Rybaki, 2020, Skansen Osadnictwa Nadwiślańskiego w Wiączeminie Polskim, oddział Muzeum Mazowieckiego w Płocku, fot. Grzegorz Piaskowski3a.

Z hodowlą bydła na dużą skalę wiązało się przetwórstwo mleczarskie – wyrób masła i serów, w tym nie tylko białych, ale i twardych, żółtych typu holenderskiego. Jak wynika z zachowanych w archiwach kontraktów i inwentarzy, w przeciętnym gospodarstwie hodowano od kilku do kilkunastu krów dojnych rasy holenderskiej (tak zwane holenderki), a z cielętami i jałówkami inwentarz mógł dochodzić nawet do trzydziestu sztuk. Duża liczba krów wymagała posiadania rozległych łąk. Jako pastwiska lub źródła siana wykorzystywano także okresowo pojawiające się kępy wiślane. Do dzisiaj na niektórych z nich odbywa się wypas bydła.

Piła tracka zwana traczem, była używana przy budowie domu Jana Kordalewskiego, Zyck Polski, XIX/XX wieku, Muzeum Mazowieckie w Płocku, fot. Grzegorz Piaskowski

Olendrzy byli również wytrawnymi sadownikami. Uprawiali szerzej nieznane gatunki jabłoni, gruszy i śliwy. Duże ilości zebranych owoców suszyli w specjalnie skonstruowanych budynkach zwanych „darami” (niemieckie dörren – suszyć), na wyplecionych szufladach nazywanych „arfami” lub „lasami”. Ususzone owoce pakowali do wąskich, cylindrycznych beczek klepkowych i transportowali na targi: drogą wodną – rzeką do Płocka i Warszawy, a lądową do Gąbina, Gostynina, Łodzi czy Kutna. Beczki musiały wrócić do właścicieli, były więc sygnowane na spodzie ich inicjałami.

Beczki do transportu suszonych owoców, Kępa Karolińska, pierwsza połowa XX wieku, Muzeum Mazowieckie w Płocku, fot. Grzegorz Piaskowski

W zbiorach Muzeum Mazowieckiego w Płocku znajdują się między innymi beczki z gospodarstwa Samuela i Daniela Rinasa z Wiączemina. Niekiedy zdarzało się, że całe sady, jeszcze przed zbiorami, wydzierżawiali Żydom, nierzadko swoim sąsiadom. I to oni wówczas zajmowali się handlem tym towarem – świeżymi lub ususzonymi w „darach” owocami.

Dom Jana Kordalewskiego w Zycku Polskim to langhof zbudowany na terpie przez olenderskich rzemieślników: Cylkego, Schreidera i Foltyńskiego, w siedlisku od pokoleń polskim, na zamówienie polskiego gospodarza, Zyck Polski, 2012, Skansen Osadnictwa Nadwiślańskiego w Wiączeminie Polskim, oddział Muzeum Mazowieckiego w Płocku, fot. Grzegorz Piaskowski

Olendrzy byli też rzemieślnikami. Każda wieś posiadała swoich fachowców, z których usług korzystali również mieszkańcy bliższych i dalszych osad. Do Jędrycha na Nartach jeździli tłoczyć olej, u jego sąsiada kowala Karola Karocha zamawiali kosy słynne na całą okolicę. Cieśle – Schreider, Cylke i Foltyński z Zycka przyjmowali zamówienia na langhofy (długie domy kryjące pod jednym dachem część mieszkalną i gospodarczą z oborą i stodołą włącznie), budowali je też na zlecenia polskie. Do szewca Jobsa na Piotrkówku jeździli obstalować pantofle, do młynarza Kleistera z Bieniewa czy Reinholda Wegerta na Wymyślu zemleć mąkę, u Cerwacha na Wiączeminie zamówić wóz, a do Julka Neumana na Oborach zanosili len na utkanie prześcieradłowego płótna. Olendrzy znad Wisły byli kowalami, kołodziejami, bednarzami, stolarzami, cieślami, traczami, garncarzami, zegarmistrzami, szewcami, tkaczami czy płóciennikami. Wielokrotnie podkreśla się ich zaradność i samowystarczalność, co wpisywało się też w doktryny wyznawanych przez nich religii.

Magdalena Lica-Kaczan

Powrót ZOBACZ NA OSI CZASU
drukuj wyślij facebook

Słodki smak pamięci. Olenderskie powidła buraczane

Wierzba mazowiecka czy olenderska? Drzewo – symbol w krajobrazie kulturowym